Obóz cz. 1 'Lipiec’ KSA + MPL + MWT + WMS
31.07
Po wczorajszym wysokim wyniku, dzień się rozpoczął leniwie. Z całego pierwszego obchodu tylko jedna alpinka i to nie do zaobrączkowania, bo już miała obrączkę London. Ptaków nie było i do południa, mieliśmy po kilka ptaków z obchodu. W końcu genialne ustawienie wacków u nasady kierownicy ustawiło wynik. Od obiadu dzień zaczął przypominać to, co było wczoraj! Jednak tłumy turystów wchodziły do rezerwatu z obu stron i w końcu musieliśmy pilnować wacków, by nie wypłoszyli ptaków z miejsca chwytania. Monokultura alpinowa, w tym także jedna z Finlandii i bez retrapów, co po wczorajszym dniu (211 zaobrączkowanych) było szokujące. Ptaków mało ale jak widać ich wymiana jest bardzo szybka! Tylko na 143 zaobrączkowane ptaki, 142 to biegusy zmienne…..

30.07
Początek dnia raczej przeciętny, jak nie słaby. Do 12:00 tylko 20 siewek. Fale wciąż duże, ale stopniowo słabły i ptaków, tzn alpin, przybywało. W południe, po wyjeździe Oli, wynik zaczął przyrastać w zacnym tempie! Do 20:00 nie dało rady oderwać się od obrączkowania. Był też London na alpinie, dwa knoty i śliczny kamusznik. Wieczorem odpuściło, ale mamy wynik w pierwszej piętnastce wszechczasów. Tylko załoga na koniec dnia nie dopisała i siedzimy i świętujemy w czwórkę.

28.07
Wiatr urywający głowę i wzmagająca się fala zasypują wacki piachem. Większość z nich dezaktywujemy i tylko kilka pracowało na dzisiejszy wynik. Daje nam to czas na naprawy i obszywanie ramek. Dziś uroczyste pożegnanie Oli, bo jutro częściowa wymiana załóg. No i w wieczornym menu pojawiły się nie tylko pączki, ale też trochę już zapomniany, choć nieklasyczny turbokisiel na podwójnie nasyconym wiśniowym podkładzie.

27.07
Dzień spokojny z lekkopółśrednim wynikiem, choć jak na ten rok w UW, to najgorzej nie jest. Codziennie zagraniczna alpinka. Dziś z Łotwy. Robimy dzień wacka i obszywamy ramki. Nie mogę się przyzwyczaić do wypuszczania alpinek bez plastikowo-flagowych dodatków….. Zapowiadają w nocy pogodowy armagedon. Przygotowani czekamy.

26.07
Piękny dzień. Kolejny rekord dzienny tego sezonu (54 zablachowane siewki). Alpinka z blachą Hiddensee, co zawsze cieszy. Dorobione 2 wacki (i raczej na tym koniec, ale kto wie?). A do tego śliczny kamusznik wśród alpin, które powszednieją. Dziś założyliśmy niezwykle uroczyście ostatni kolorowy znacznik na alpinę. Projekt ten ruszył w 2010 roku i zgromadziliśmy tyle danych, że czas skończyć znakowanie ptaków i zacząć myśleć o opracowaniu wyników, choć na razie wolnych rąk to tej pracy brakuje.

25.07
Tegoroczne UW to jak pradawne Lisewo. Ptaków od kilkunastu do małych kilkudziesięciu dziennie, a rządzą pliszki. Mimo, że połowa wychodzi z wacków, a kolejna połowa, z tych co zostały, ucieka załogantom podczas wyjmowania. Ale dziś moja pierwsza alpinka z obrączką Lisbona! Do tego udało się przywrócić prąd. Akcja jak w Windowsach: odkręcić wszystkie kabelki i podłączyć od nowa. Nosimy wacki w miejsca bardziej ptasie i nawet zrobiliśmy nowego. Pliszing na całego. Mamy już 126 siwych i 56 żółtych. No i rekord dnia tego roku, czyli 40 zablachowanych siewek i pyszny gzik z kreplami!


22.07
Dzień za dniem ustanawiamy nowy rekord sezonu. Wczoraj nie dość, że zaobrączkowaliśmy 37 siewek, to jeszcze z 6 różnych gatunków. Wpadły pierwsze piaskowce i minuta. Zaobrączkowaliśmy pisklaki sieweczki rzecznej, która zwodziła nas od prawie tygodnia. No i wreszcie czujemy się jak na klasycznym UW, bo alpina wyprzedziła w liczbach piskliwca. UFF! Czekaliśmy na burzę, ale nie przyszła, za to przyszedł deszcz i uzupełnił nam zapasy deszczówki.
20.07
Trochę się ruszyło i dziś dobijamy do wyniku dwucyfrowego, a nawet rekordu sezonu! Zaobrączkowaliśmy całe 13 siewek. Były też dwie kontrole na alpinach: Finlandia i Niemcy. Dodatkowo przyleciały ulubione ferruginejki MWT, aż dwie! Zostały poddane obserwacjom behawioralnym, nad którymi czuwał skupiony Tomek. Na koniec dnia był chrzest kulinowski, który otrzymały dziś 4 osoby.

19.07
Nie martwcie się, globalna awaria Microsofta nie zakłóciła pracy obozu w Ujściu Wisły. Żaden obchód nie był opóźniony, ani obrączkowanie odwołane. Planujemy na jutro podniesienie standardów sanitarnych. Cały dzień chodzimy nabombani – owsianką i kopytkami. Nawet chyba nie było przerwy słodyczowo-kawowej, bo nie schodzimy poniżej progu nerkowego glukozy od rana. Prawie ciemną nocą do obozu dociera Olek (po szybkiej decyzji, że tak! przyjedzie) i SZB (który wychodzi z obozu o 5 rano).
18.07
Liczba wydarzeń z dziś mogłaby spokojnie zostać rozłożona na kilka dni, naprawdę dużo się działo. Po pierwsze i dla morale załogi i kierowniczki najważniejsze: MAMY JĄ. Pierwszą alpinę sezonu (możecie sobie wyobrazić, że na KULINGu pierwsza alpina sezonu 18stego lipca to nie jest normalne)! Natomiast nie mamy jeszcze JEGO. Czyli ******** krogulca. Ale działamy w tym kierunku z zawzięciem. Po pierwszej alpinie nastały jeszcze 3 kolejne, w tym jedna szwedka. Oprócz tego Tomek z Kordianem kajakiem uzupełnili zapasy wszelakie, a podczas ich wyprawy reszta obozu ratowała szczeniaka foki. Trochę jesteśmy urobieni, co nie przekłada się niestety na liczbę zaobrączkowanych ptaków. Dziś brakuje nam jednego siewkusa do wyniku dwucyfrowego.

17.07
Dzień zmiany kierowniczej, MWT obejmuje obóz po MPL. Ujście Wisły piękne jak zawsze, tylko obóz jest bardziej wróblaczy niż siewkowy, na razie mamy tu IPA: Intense Pliszing Action. Radości szukamy w innych zajęciach… sprzątanie… naprawianie płotu na końcu rezerwatu (brawo Tomek, Marcin i Amadeusz!). Jesteśmy w szoku, że pierwszej alpiny sezonu 2024 jeszcze nie było..

14.07
Początki sezonu tej jesieni nie wyglądają normalnie ani typowo. Czy może być na Kulingu sezon z więcej jak tygodniem obozu bez alpiny? Otóż może i nawet jest! Robimy co możemy, ale z pustego i Salomon nie naleje. Siewek jest mało, zwłaszcza po stronie obozowej. Pisiki jakoś dają radę, a poza nimi właściwie to pliszingujeny. Wczoraj natomiast zamiast ilości poszliśmy w jakość. Ostatni dzień kierowniczenia KSA dał 3 słonie mniejsze w wacach, a MPL wraz z gotowością zmiany przywiózł fart w postaci drugiej w historii Kulinga sieweczki pustynnej, która ostatnio koczuje głównie po stronie mikoszewskiej, a 13-tego dnia lipca zaszczyciła nasz obozowy wacek. Po zmianie kierowników i częściowo załogi nadal ilościowo jest nędznie, ale w Ujściu pojawiło się więcej siewek więc i jakaś nadzieja wróciła. Darz Kuling!


13.07
Tego nie było w żadnym planie. Kończę tygodniowy turnus na obozie z ANI JEDNĄ ALPINĄ, za to z 15 ACTHYP na koncie. W ogóle jakieś dziwne ptaki wchodzą do wacków – cztery słonie mniejsze i druga dla Kulinga sieweczka pustynna, która postanowiła ponownie zwiedzić świbnieński brzeg Wisły, tym razem skutecznie. Wieczorem zmienia mnie MPL. Z ciężkim plecakiem, zapasem energetyków i szerokim uśmiechem ledwo doturlał się do obozu. Życzymy mu tej pierwszej dla sezonu najpiękniejszej siewki świata 🙂 Opuszczam obóz z żalem, że to już pewnie ostatni raz w tak fajnym miejscu, z tak super Załogą…



12.07
Wiatr zmienił kierunek, zrobiła się fala i jakieś stadko zmiksowanych kilkunastu siewek wieczorem siadło na kierownicy, co wzbudziło nadzieję na lepsze jutro (albo jeszcze dobry wieczór)? O godz. 20 po świbnieńskiej stronie kierownicy przez chwilę paradowała sieweczka pustynna, która postanowiła zrobić sobie przerwę od sesji fotograficznych na mikoszewskiej łasze. Może kiedyś się złapie?

11.07
Przyjemny poburzowy chłód towarzyszy nam od rana. Na łasze stoi już 26 wacków. Mamy ambitny plan dociągnąć do okrągłej 30-stki, ale skończyły się lejki, więc kolejne godziny dziergamy i nowiutkie „mercedesy” obszywamy nową siatką. Jacyś zabłąkani Czesi przeparadowali nam za krzakami przed domkiem. Jak zobaczyli domek, przyspieszyli. Oczywiście tradycyjne kłamstewko, że nic nie wiedzieli, że tu nie wolno włazić…

10.07
Bijemy rekordy, bo aż cztery piskliwce wracają z jednego obchodu. Moderczy upał leje się z nieba, 35 stopni w cieniu powoli zabija, piasek parzy przez klapki, bolimuszki atakują z potrójną siłą. Dostaliśmy alerty RCB o silnej burzy. No i wieczorem przetoczył się front – wiało, lało i błyskało, jak dawno, zalewając przy okazji część Trójmiasta. Wydawało, że po półtorej godziny wreszcie sobie poszło, wtem jak nie pi… walnęło w platformę widokową. Na szczęście wszyscy byliśmy w domku. Dzięki plandece nie usmażyło nas w upale, a deszczówki mamy na kilka dni.

9.07
Mamy pierwszą siewkę sezonu! Jest to podlot CHAHIA, ale z trudem dogoniony i złapany ręką przez Ignacego. Pozostałe miejscowe sieweczki sprytnie obchodzą wacki. Pierwsza w tym sezonie wyprawa kajakowa kończy się sukcesem i uzupełniamy zapasy wody oraz żarła. Rozpieszczamy się kulinarnie – na obiad pyry z gzikiem. Piesio Grzesio wzbudza respekt i trzyma z dala turystów, tak jak nasze profesjonalne kamizelki.

8.07
Wackowania ciąg dalszy – kolejne sztuki wjeżdżają na łachę. Obstawiamy, jaka siewka złapie się jako pierwsza. Niestety była to MOTALB. Z braku ptaków obóz staje się obozem entomologicznym i głównym tematem są obserwacje chrząszczy, w tym kopulujących zgrzypików na kibelnej ścieżce.

7.07
Od rana urządzamy domek i dopieszczamy stanowisko obrączkarskie. Po południu rzuciliśmy kilka wacków na łachę. Szału nie ma – skarpy z obu stron, od zatoczki i od zatoki. Co najgorsze – jakoś pusto na łachach… Lodówka zdechła już rano, więc pozostał nam powrót do co najmniej lisewskich czasów. Nawadniamy się oranżadami (czasy się zmieniają…), które zachowały ostatek chłodu lodówki.

6.07
Rozbijamy obóz w UW. Prawdopodobnie już ostatni, bo siewki systematycznie omijają to miejsce… Tym razem ciągniki przyjechały na czas i nie było żadnej wtopy (a rok temu zapomnieli o nas). Ale żeby nie było tak pięknie, mały zonk na początek – nikt nie zrobił zakupów spożywczych. Szybki wypad do marketu z uśmiechniętym owadem uratował zapasy. Sprawna ekipa postawiła domek wraz z dachem jeszcze przed zachodem słońca. I dobrze, bo o świcie dnia następnego spadł deszcz. Pierwsze pięć wacków już czeka w blokach startowych.



